

Jeśli czytaliście mój poprzedni wpis o noworocznych postanowieniach, to wiecie już, że w tym roku postanowiłem naprawdę zadbać o zdrowie. Dziś ciąg dalszy — już po badaniach. Bez lukru. Bez heroizmu. Za to z kilkoma refleksjami, którymi chcę się z Wami podzielić.
Myślę, że największym wyzwaniem… nie były same badania. Najtrudniejsze okazało się pójście na badania do swoich kolegów z pracy.
Wiecie, jak to wygląda. Krótkie: „cześć”, „co u Ciebie?”, „jak żona?”, „dzieci zdrowe?”. A pięć minut później: „Dobra, badamy prostatę”.
Nie ma co udawać — jest to pewien dyskomfort. Taki zwyczajnie ludzki. Z drugiej strony pomyślałem sobie: skoro pracuję z najlepszymi, to czemu mam iść gdzie indziej? Przecież wielu pacjentów też krępuje pokazanie intymnych okolic lekarzowi albo badanie proktologiczne. Mechanizm wstydu jest podobny — niezależnie od tego, czy lekarz jest znajomy, czy zupełnie obcy.
Ku mojemu zaskoczeniu — ze wszystkich badań najtrudniejsza okazała się… dermoskopia. Zmian na skórze mam naprawdę sporo, więc badanie trwało dość długo. A że było to ostatnie badanie z całego pakietu, to kolejne „wyskakiwanie z ubrań” przed znajomym lekarzem… chyba weszło mi już w nawyk 😄 Po czasie zrobiło mi się po prostu zimno.
Na szczęście — najważniejsze — udało się wykluczyć te najgorsze scenariusze.
Podczas badania prostaty usłyszałem: „masz torbiel na prostacie”. Nie będę ściemniał — to było bardzo długie 10 sekund w mojej głowie. Różne myśli, różne wizje… Ci, którzy mają w sobie coś z hipochondryka, doskonale wiedzą, jak to działa.
Po chwili padło: „Przykro mi — jesteś absolutnie zdrowy. Nie ma się do czego przyczepić”. Ciśnienie opadło. Serio 😄
Z badaniem proktologicznym było… ciekawiej. Dzień wcześniej wyskoczyłem z Kamilem na piwo — sorry, Panie Doktorze Kamilu Smok 🙃 No i tak oto moje postanowienie „nie pić alkoholu przez kolejny rok” legło w gruzach szybciej, niż się spodziewałem.
Chociaż — uczciwie — znajomy nefrolog żartobliwie uspokajał mnie, że „piwo od czasu do czasu” bywa różnie interpretowane w kontekście kamieni nerkowych. Każdy wybiera takie argumenty, jakie mu pasują 😉 Ale dla porządku: nie traktujcie piwa jako profilaktyki kamicy. W praktyce najważniejsze są rozsądne nawodnienie, styl życia i zalecenia lekarza.
Nie będę ukrywał — rozluźnienie się do badania proktologicznego przed kolegą nie jest łatwe. Ale daliśmy radę. I wtedy dotarło do mnie coś ważnego: krępacja w takich sytuacjach działa w obie strony.
Kolejny sukces — znowu nie ma się do czego przyczepić.
W dermoskopii znaleźliśmy 3 zmiany wymagające wycięcia i badania histopatologicznego. Dwie okazały się absolutnie spokojne. W trzeciej patomorfolog zdecydował się na wykonanie immunohistochemii.
Dla niewtajemniczonych: immunohistochemia to dodatkowa, specjalistyczna metoda badania tkanek. Pomaga dokładniej określić charakter komórek i doprecyzować rozpoznanie wtedy, gdy zwykłe badanie histopatologiczne wymaga uzupełnienia. Na szczęście — również tutaj wszystko było w porządku.
Przy okazji poprosiłem dr. Piotra Raka o laserowe usunięcie dwóch zmian, które nie budziły żadnych wątpliwości dermatologicznych, ale po prostu od lat doprowadzały mnie do szału — zawsze zahaczałem o nie przy goleniu albo podczas treningu.
Na koniec — andrologia. Tu byłem najbardziej pewny siebie. „Przecież tam na dole wszystko śmiga, to na pewno hormony wyjdą dobrze”.
No właśnie… tylko mi się tak wydawało. Stres, zła dieta, tempo życia, sen i przeciążenie organizmu potrafią uderzyć w energię, samopoczucie, libido i — mówiąc pół żartem, pół serio — męską męskość, czyli testosteron.
Odebrałem wyniki, patrzę i mówię: „jest git, przecież testosteron jest w normie”. Dopiero doktor Kuba uświadomił mi, że same widełki laboratoryjne to nie wszystko. Liczą się objawy, wiek, powtarzalność wyników, cały obraz hormonalny i to, jak człowiek realnie funkcjonuje na co dzień.
Okazało się, że warto było pogłębić temat i rozważyć leczenie pod kontrolą androloga. Wiem — dla wielu osób brzmi to jak doping albo „koksowanie na siłowni”. A prawda jest zupełnie inna.
Celem dobrze prowadzonego leczenia nie jest robienie z człowieka kulturysty ani przekraczanie fizjologii. Celem jest poprawa komfortu życia, jeśli rzeczywiście są do tego wskazania medyczne. I muszę przyznać — po kilku tygodniach pracy nad tym obszarem różnica jest naprawdę odczuwalna.
Moje postanowienie — spełnione.
A jak tam u Was?
Pozdrawiam,
Łukasz